"Untitled Post" - Views: 392 · Hits: 392 - Type: Public

Zgodnie z obietnicą piszę sprawdozdanie z wyjazdu do ośrodka w Dziadowicach. Przy okazji w komentarzach możecie zadawać pytania na które postaram się odpowiedzieć. Proszę o nie spamowaniu mi na PW, ostatnim razem dostałem mnóstwo wiadomości a odpowiadając pod wpisem pytania nie będą się tak powtarzać. 

Zastanawiałem się długo w jaki sposób podejść do tematu, odczekałem 2 dni od momentu opuszczenia ośrodka, żeby trochę ochłonąć i wrócić do rzeczywistości (a może przeciwnie). 

Czytając ten wpis proszę was o mienie na uwadze, że są to moje subiektywne doznania. Czytanie tego co jest dalej prawdopodobnie zniechęci sporą liczbę osób do podjęcia się wyjazdu z uwagi na awersję do bólu, ale jeśli chcę pozostać obiektywny i szczegółowy to nie mam zamiaru nic pomijać. Zaznaczę tylko od razu, że pobyt w ośrodku jest na tyle trudny na ile sobie to sami narzucicie. Wymagane są zaledwie 3h medytacji codzienne, resztę czasu można lecieć w chuja, bo „ci debile nawet tego nie sprawdzają”. Właściwie nawet w ciągu tych 3h możesz siedzieć i nie medytować, ale w takim razie nie widzę większego sensu tam jechać. 

W każdym razie ja podjąłem w momencie wbicia na miejsce decyzję, że niezależnie od tego co się stanie zostanę tam 10 dni i będę przestrzegał planu tak ściśle jak to możliwe (plan dnia znajduje się we wpisie powyżej). Dodatkowo nie załatwiłem sobie transportu powrotnego, żeby być zdanym na kierowcę z którym przyjechałem. Wiedziałem, że jakbym sam przyjechał autem to pokusa ucieczki mogłaby być silniejsza. 

Dzień 0 
Przyjechałem autem razem z Tomkiem, który odbył już jeden kurs rok temu i wraca teraz ponownie. Dowiedziałem się od niego, że zalecenie jest takie, żeby poza regularną codzienną praktyką odbywać taki 10-dniowy kurs co roku. Drugim pasażerem był Szymon, młodszy gość w moim wieku. Miał on mniej doświadczenia w medytacji niż Tomek czy ja, ale nadrabiał zapałem i ciekawością.

Podczas 2- godzinnej podróży z Warszawy do Dziadowic pierwszy raz od bardzo dawna czułem się jakbym rozmawiał z ludźmi, którzy mnie rozumieją na głębszym poziomie. W Polsce zwykle osób medytujących jest mało a takich, którzy podchodzą na poważnie do tej praktyki i sprawiają, że staje się integralną częścią ich życia ciężko uświadczyć. Ucieszyło mnie, że mogę z kimś podzielić się tym czego dowiedziałem się z setek godziny poznawania teorii oraz zmianami jakie zaszły w moim życiu po wdrożeniu w nie regularnej praktyki. 

Po przyjechaniu na miejsce dostaliśmy formularze do wypełnienia (imię, nazwisko, numer telefonu, stosowane wcześniej używki, choroby, leki, zrzekanie się zbędnych organów dla dobra wspólnoty, stosowane wcześniej praktyki medytacji, potwierdzenie znajomości regulaminu). 

Później oddaje się telefon i dostajemy przydzielony własny pokój z łazienką oraz klucz do skrytki gdzie można schować wartościowe rzeczy oraz elektronikę. Następnie szafka pod koniec dnia została zasunięta blachą na czas trwania kursu,  żeby tych rzeczy nie kusiło nas wyjmować. 

Po dotarciu do pokoju zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony panującymi w nim warunkami – był bardzo czysty i schludny. Łóżko z wygodnym materacem i pościelą, szafka na rzeczy, wieszak na ubrania i mata do medytacji. W łazience znalazłem natomiast prysznic, kibel, umywalkę z lustrem i środki czystości - ocet i sodę  (musi być przecież eko). Było więc wszystko co potrzebne, nie za dużo, nie za mało. 

Wieczorem rozpoczęło się szlachetne milczenie – od tego czasu nie mogłem rozmawiać z nikim poza nauczycielem lub kierownictwem w razie pytań (realnie rozmawiałem 3 minuty z nauczycielem w ciągu tego czasu). Następnie odbył się pierwszy wykład w sali medytacyjnej. Jest to duża sala gdzie każdy siada na podłodze na swojej poduszce do medytacji pod którą jest też mata. Wykłady były włączane przez nauczyciela na projektorze, on sam nic nie mówił poza informowaniem kiedy jest czas na przerwę i gdzie mamy medytować (czy w sali czy w pokoju). Odpowiadał też później na pytania w ramach indywidualnych, 5 minutowych spotkań. 

Podczas wykładów dowiadywaliśmy się jak będzie wyglądała technika medytacji używana przez nas kolejnego dnia, na co zwrócić szczególną uwagę oraz jakich błędów unikać. Instrukcje były bardzo proste i dosadne. Przed każdą medytacją były powtarzane, tak aby nikt nie zapomniał co ma robić.

O 21.00 wróciłem do pokoju, szybko się ogarnąłem i poszedłem spać, bo wiedziałem, że kolejnego dnia czeka mnie pobudka o 4 rano.  

Dzień 1

Poranna medytacja rozpoczęła się od obserwacji oddechu, instrukcja była taka, żeby skoncentrować swoją uwagę na nosie. Skupić się na doznaniach jakie nam towarzyszą w momencie przepływania powietrza. W momencie gdy uwaga wędruje ponownie przyprowadzać ją w ten sam rejon obserwacji. Jest to technika, którą ćwiczę regularnie godzinę dziennie od 8 miesięcy więc nie sprawiało mi to większej trudności. Kłopotliwe było natomiast wytrzymywanie godzinę w jednej pozycji. Mimo, że na tym etapie dozwolone było dla nowych uczniów poruszanie się w trakcie medytacji postanowiłem, że będę go unikał za wszelką cenę, żeby wyrobić umiejętność godzinnego siedzenia bez ruchu, co później zaprocentowało. 

Po 2 godzinach medytacji oddzielonych krótką przerwą przyszła pora na śniadanie. Musiałem stale sobie przypominać, żeby na nikogo nie patrzeć i szybko zrywać ewentualny kontakt wzrokowy. Z początku było to strasznie dziwne, ale myślę, że spierdoliny z wykopu nie miały by tutaj wielkiego problemu xD 

Jedzenie wyglądało tak, że w jadalni był postawiony szwedzki stół i na śniadanie były do wyboru proste bezmięsne potrawy – owsianka, kasza jaglana, chleb, masło, siemię lniane, słonecznik, dżem, sól i pieprz i kilka innych rzeczy, których nie pamiętam. Na obiad 2 lub 3 z tych opcji: kasza, ryż, brokuły, kalafior, brukselki, zupa, ziemniaki i poza tym chleb, masło i te dodatki co powyżej. Na podwieczorek młodsi uczniowie dostawali owoc, było to chyba jabłko albo gruszka a starsi uczniowie herbatę. Uznałem, że szkoda mi pobudzać apetyt i wydłużać okno żywieniowe więc jadłem więcej na obiad i zamiast jeść podwieczorek medytowałem w pokoju albo chodząc.  

Póki co czułem się bardzo dobrze i powoli moja koncentracja się wzmagała, ruchy stawały wolniejsze i byłem bardziej świadomy tego co robię a myśli powoli zaczynały zwalniać. 

Dzień 2 
Od tej pory nie będę pisał za każdym razem co robiliśmy, schemat każdego dnia jest jednakowy – pobudka, medytacja x2, śniadanie, medytacja x3, obiad, odpoczynek, medytacja x4, podwieczorek, medytacja, wykład, medytacja, sen. Zmieniała się natomiast technika medytacji więc skupie się na tym oraz subiektywnych doświadczeniach. 

(Zaznaczam tu też słowo słowo subiektywne , są na necie wpisy innych ludzi, którzy też tam byli i ich doznania mogą są całkiem inne, choć nie widziałem, żeby ktoś był niezadowolony z odbycia kursu ani po tych wpisach ani po osobach z którymi go odbyłem.)

W ciągu drugiego dnia obszar obserwacji został zawężony, teraz mieliśmy obserwować końcówkę nosa i skupić się m.in. na uczuciu dotyku powietrza w momencie wdechu i wydechu. Godzinne siedzenia były wyzwaniem dla mojego kręgosłupa i kolan. Uporem jednak każde z nich przesiadywałem bez ruchu. Zmiany pozycji i tak niewiele dają, po prostu wymieniają jeden rodzaj bólu na inny, przynoszą jedynie krótkotrwałą ulgę. Po takiej godzinie siedzenia ze skrzyżowanymi nogami potrzebowałem je najpierw powoli rozprostować siedząc a po wstaniu były jak z waty. Chodziłem jakby mnie zgwałcił murzyn xD 

Ból natomiast ustępował do momentu rozpoczęcia kolejnego siedzenia a znajomość techniki odpowiedniego rozciągania sprawiła, że mogłem działać profilaktycznie. Nie chciałem ryzykować powstania jakiś urazów albo utworzeniu chronicznego bólu, który zabrałbym ze sobą do domu. 

Taki był przynajmniej plan, problem pojawił się wieczorem tego samego dnia. Wg. S.N. Goenki (nauczyciela, którego wykładów słucha się wieczorem) 2 i 6 dzień należą zwykle do najcięższych. Ja pod wieczór miałem lekkie załamanie psychiczne, ale z uwagi na wcześniejszą praktykę zamiast się w nie nadmierne angażować starałem postawić się w roli jego obserwatora.  Przeszło na szczęście dość szybko, ale zostało „wymienione” na intensywny ból w kręgosłupie. 

Nie pomagały na niego żadne ćwiczenia czy zmiana pozycji leżenia a towarzyszył mu dyskomfort psychologiczny – wiedziałem, że potrzebuję być wyspanym kolejnego dnia. Po wierceniu się jakiś czas i próbowaniu różnych metod pozbycia bólu uznałem, że jak już jestem w ośrodku medytacyjnym, nie mogę spać i to, że tu zostaję nie podlega negocjacji to jedyne co mi zostaje to medytować. Leżałem zatem do rana skupiając swoją uwagę na plecach, starałem się obserwować ból bez osądzania go. Rano osłabł na tyle, że byłem w stanie normalnie funkcjonować. Natomiast z uwagi na to, że nie piję prawie wcale kawy działa ona na mnie bardzo mocno więc byłem wystarczająco orzeźwiony i pobudzony aby kontynuować praktykę 3 dnia. 

Dzień 3 

Dalsze zwężanie obszaru obserwacji. Teraz obserwujemy przepływ powietrza jedynie w dziurkach w nosie oraz rejon zaczynający się od górnej wargi do tych dziurek (tam gdzie rosną wąsy). Instrukcja była taka, żeby wyrobić  w sobie wrażliwość na doznania w tym rejonie. W momencie gdy nie odczuwamy doznań skupiamy się na oddechu stale ich szukając a gdy jakieś się pojawi to przenosimy uwagę na nie dotąd aż zaniknie, będąc jednocześnie świadomym natury doznań (ich pojawiania się i przemijania, co jest stale akcentowane i powtarzane). 

Jak usłyszałem, że w tym rejonie może być tych doznań 20+ to uznałem, że chyba mam inny mózg, bo do tej pory mało co czułem nawet podczas golenia xD 

Możliwe doznania te z których pamiętam to były: ciepło, zimno, suchość, wilgotność, dotyk powietrza, wibracje, swędzenie, skurczanie, rozkurczanie, szczypanie itp. Kwintesencją było natomiast samo zauważanie tych doznań a świadomość jakie z nich zachodzi i nazywanie go w głowie nie było częścią tej techniki. 
 
Pod koniec dnia miewałem momenty gdzie byłem w 100% pochłonięty oddechem, tak że wszystko dookoła zamierało. Byłem w stanie też wychwycić kilka różnych doznań we wspomnianym rejonie a to z kolei sprawiło, że zwiększyła się świadomość doznań w całym ciele. Zauważyłem to podczas medytowania chodząc, przekładanie świadomości na nogi było dużo łatwiejsze a mój chód, który z natury jest bardzo szybki naturalnie spowolnił. Chodziłem dla chodzenia a nie po to, żeby się gdzieś dostać (polecam każdemu kiedyś spróbować tego rodzaju medytacji).

Jak już o chodzeniu mowa to przypomniałem sobie, że był to też dzień w którym mi zaczął wrastać paznokieć u nogi. Pomyślałem, że sobie wybrał idealny moment na to, a jednocześnie, że nie mam ochoty na takie przeszkody. Wziąłem kawałek ostrego kamienia z ogrodu i udało mi się wyrwać nim wrastający fragment, chwilę sobie ponapierdalał, ale na drugi dzień się uspokoił. Zdziwiłem się, że to zadziałało xD

Podczas wieczornego wykładu dowiedziałem się, że kolejnego dnia rozpoczyna się nauka Vipassany. Pierwsze 3 dni miały być tylko „rozgrzewką”, przygotowaniem umysłu poprzez uspokojenie go, rozwinięcie koncentracji i świadomości ciała przed kolejnym tygodniem nauki techniki, którą chciałem poznać. 

Dzień 4 

Vipassana jest techniką skanowania ciała, polega ona na tym, że stajemy się świadomi poszczególnych rejonów ciała po kolei, zaczynając do głowy aż po końce palców u stóp. Początkowo te rejony są duże, czyli skanujemy np. całą głowę, potem szyję, klatkę, plecy, ramiona, ręce, nogi, stopy. Później natomiast ten rejon obserwacji zawężamy maksymalnie i powinien to być obszar ok. 2x2cm. Cały skan ciała w poszukiwaniu tych doznań i sensacji powinien zająć natomiast ok. 10-15min. Po zakończeniu rozpoczynamy go znowu, tym razem od dołu do góry. 

Kluczem i powodem dla którego ta technika działa jest pozostawanie obiektywnym wobec doznań. Stale zaznaczane jest aby nie tworzyć awersji względem bólu oraz uczucia pożądania w kierunku przyjemnych, subtelnych doznań. Nie czuć żadnego zniechęcenia jeśli natykamy się na martwe albo mgliste obszary gdzie nie czujemy nic albo ledwo co. 

Pierwsze siedzenie wstępne miało być 2 godzinne (nie jestem teraz w stanie sobie przypomnieć czy to była instrukcja czy sam pominąłem przerwę między medytacjami, ale zakładam to 1). Instrukcja była taka, że jeśli dasz radę to się nie ruszaj, ale to nie jest forma tortury i tak jak pisałem, zawsze to ty decydujesz jak daleko się pchniesz. Jesteś tam, żeby nauczyć się techniki a nie żeby być mistrzem od początku. Są tam osoby, które przyjeżdżają na kurs 10 raz i dla nich siedzenie 2h już może być możliwe, ale nowi uczniowie będą mieć tu duży problem. Te siedzenia nie bez powodu są nazywane „strong determination sitting”. 

Ja natomiast sobie postanowiłem, że skoro jestem pojebem i będzie to dobry test, żeby sprawdzić jak bardzo nienormalny jestem to wysiedzę do końca niezależnie od tego co się stanie i czego będzie próbował mój umysł, żeby mnie zniechęcić. W ciągu kolejnych 2 godzin doświadczyłem większej ilości bólu niż przez całe życie razem wzięte. Każda minuta trwała tyle co godzina i każda jebana komórka mojego ciała mówiła, żebym przestał. Czułem się jakby ktoś polał mnie benzyną i podpalił. Dodatkowy problem poza brakiem możliwości ruchu stanowił fakt, że miałem obserwować ból obiektywnie bez tworzenia awersji.

Podczas wcześniejszych medytacji godzinnych odkryłem już, że ok. połowa bólu jest psychologiczna, napędzana umysłem. Chodzi o to, że obietnica bólu i jego narastania sprawia, że odczuwamy go mocniej a w wypadku tak długiego siedzenia umysł zacznie straszyć też ryzykiem kontuzji, naderwań czy chronicznych bólów w przyszłości. Dodatkowy dyskomfort  psychologiczny tworzą osoby obok, które się wiercą i słychać, że odpuszczają i nie są w stanie wytrzymać w bezruchu.

Każdy sygnał do wycofania traktowałem jako paliwo napędowe i przekuwałem w motywację. Po 90 minutach byłem już spocony jak świnia a mój oddech stał się bardzo płytki, ciało już dawno się poddało i było wkurwione na umysł, że trafiło na takiego pojeba, natomiast umysł pozostawał spokojny i je obserwował. W kryzysowych momentach czyli jakieś 1000 razy mówiłem sobie w myślach „spokojny i zrównoważony umysł”. Udało się wytrzymać cały ten czas w bezruchu jednak najgorsze miało dopiero nastąpić.

Po zakończeniu tych dwóch godzin poczułem uczucie zwycięstwa, ale szybko sobie przypomniałem, że to nic innego jak kolejny obiekt do medytacji i nie powinienem tworzyć do niego przywiązania, ponieważ tak jak pozostałe doznania i emocje to też przeminie. Po otworzeniu oczu nie byłem w stanie się ruszyć, gdy zacząłem rozprostowywać nogi (przesuwając je rękami o 5cm) rozważałem wyjebanie sobie kolan i rozpoczęcia życia grzechotnika. 

(Jestem świadomy jak brzmią poniższe 4 akapity. Kolejny raz zaznaczam, że opisuję swoje subiektywne doznania i podchodzę do nich z dystansem. Wiem jednak co było w tamtym momencie dla mnie prawdziwe.)

Po tym jak wstałem ból zamiast słabnąć dalej narastał a w momencie gdy stał się tak intensywny, że myślałem, że się przewrócę. W tym momencie całkowicie ustąpił. Nie było po nim żadnego śladu. W jego miejsce natomiast pojawiły się bardzo przyjemne wibracje, które objęły całe ciało. Nauczony jednak praktyką wiedziałem, że mimo tak błogiego stanu nie mogę stworzyć przywiązania nawet do niego i mam go jedynie obserwować. W tym momencie wibracje zdawały się objąć też sam umysł a myślenie całkowicie ustąpiło. Chwyciłem się rękami za twarz i zgiąłem w pół.

Po chwili wyszedłem przed salę medytacyjną i zacząłem się rozglądać dookoła na zewnątrz. Miałem wrażenie jakbym widział świat pierwszy raz, jakbym zauważył rzeczy takimi jakimi są bez interpretowania ich. Towarzyszyło temu poczucie głębokiego spokoju i akceptacji. Doszedłem do pokoju i po siadnięciu na łóżku myśli powoli zaczęły wracać, pierwszą reakcją był płacz i silne przeświadczenie, że wszystko co myślałem, że wiem jest iluzją a „ja” byłem oszukiwany przez własny umysł cały ten czas. To też szybko minęło. .

Całość trwała ok. pół godziny, wiem o tym tylko dzięki przerwom pomiędzy aktywnościami w zajęciach, ponieważ w czasie samego doświadczenia postrzeganie czasu uległo zakrzywieniu. W czasie tych 30 minut czułem się jakbym pierwszy raz wynurzył się spod wody i zaczerpnął powietrza. 

Podczas dalszych wykładów wieczornych Goenka wspomina o tym stanie i nazywa go bhanga nana. Nie jestem pewny czy to konkretnie moje doświadczenie, ale zgadzało się dość z jego opisem jeśli chodzi o doznania fizyczne. Wspominał, żeby podejść do niego obiektywnie jak do każdego innego doświadczenia co zrobiłem instynktownie i może dzięki temu miałem chwilowe przebudzenie.  
Powyższe doświadczenie przekonało mnie, że warto zostać na kursie do końca i dać z siebie wszystko. 

Jednakowy stan nie pojawił się już w kolejnych dniach, ale proces oczyszczania umysłu z zakłóceń i skumulowanych przez całe życie, leżących głęboko zanieczyszczeń dalej postępował. 

Dzień 5 

Rano obudziłem się bardzo wypoczęty, czułem się lekki i gotowy na drugą połowę kursu. Po wyjściu z pokoju zauważyłem, że pod drzwiami mojego sąsiada z naprzeciwka brakuje jego butów. Nie widziałem go już więcej, postanowił opuścić ośrodek po 4 dniu. 

Podczas przerwy postanowiłem pójść na spacer w lasku, który znajdował się obok pokoi. Były w nim wydzielone ścieżki do chodzenia a na samym końcu wysoki płot oddzielający od cywilizacji. Większość ludzi jadła jeszcze obiad, poza jednym kolegą, który stwierdził, że 5 stopni to idealna temperatura na bose spacery. 

Ja natomiast zbliżając się do ścieżki położonej równolegle do płotu usłyszałem w oddali głosy dzieci. Nie byłem w stanie wyłapać co dokładnie mówią, musiały się znajdować kilkaset metrów ode mnie. Miałem w tym momencie jednak bardzo wyczulony umysł a same te dźwięki stanowiły dla niego w 5 dzień wielką atrakcję więc ciężko było przestać ich nasłuchiwać. 

Ku mojemu zaskoczeniu zacząłem odszyfrowywać co mówią i zrozumiałem, że to oznacza, że zbliżają się w kierunku ośrodka. Faktycznie po kilku minutach pojawili się po drugiej stronie płotu. Zgodnie z instrukcjami zająłem się sobą i skupiłem uwagę na chodzeniu pomimo ich obecności, ale z uwagi na bliską obecność słyszałem wszystko co mówią. Pamiętam jak jeden chłopak powiedział do reszty „cicho, ciekawe czy nas zauważy”. Pomyślałem wtedy „typie, ja cię kurwa słyszałem jak stanąłeś na gałąź 3 kilometry temu”. Odwróciłem się i poszedłem medytować do pokoju. 



Dzień 6 i 7 
Praktyka Vipassany postępowała, instrukcje stawały się bardziej szczegółowe. Godzinne siedzenia sprawiały wiele bólu fizycznego, ale pewnego komfortu psychicznego dodawała świadomość, że jestem w stanie się rozciągnąć pomiędzy medytacjami na tyle, że ciało zostaje zresetowane a ból się nie kumuluje w nim. 

Problem stanowiło dla mnie wyczuwanie delikatnych sensacji, ale nauczyciel mówił, że ten stan wibrowania przebiegającego przez całe ciało w który wpadłem 4 dnia może powodować, że ilość martwych czy mglistych obszarów gdzie ciężko wyczuć te doznania zostaje znacznie zwiększony. W ten sposób ciężko było wyczuć mi te doznania a dodatkowy problem stanowił intensywny ból, który wytłumiał obszary dookoła. Przykładowo gdy odczuwałem ból w kolanie to przeniesienie uwagi na łydkę i poszukiwanie tam doznań sprawiało jeszcze więcej trudności. Postanowiłem, że zapisze się jutro na spotkanie z nauczycielem i zapytam go w jaki sposób podejść do rozwiązania tego problemu. 

Podczas wieczornego wykładu usłyszałem, ku mojemu zdziwieniu, że ostatniego dnia rano zostanie przerwane Szlachetne Milczenie i uczestnicy kursu będą znowu mogli się ze sobą komunikować, pozostanie natomiast zakaz dotykania i segregacja płci. Uznałem, że to zrozumiałe gdy minie 10 dni wstrzemięźliwości seksualnej a w kursie brały udział także pary. 

W związku z tym nauczyciel powiedział, że ostatnie 2 dni wymagają od nas wyjątkowo intensywnej pracy i skupienia na zadaniu, tak abyśmy wynieśli ze sobą jak najwięcej. Polecił abyśmy przez ten czas pozostawali w stanie ciągłej świadomości tego co robimy i skupiali swoją uwagę na rejonach ciała, który jest najbardziej zaangażowany w daną czynność. Przykładowo: chodzenie – nogi, jedzenie – usta, zęby, język; mycie się – ręce i ciało tam gdzie jest nimi dotykane, itp.

Dzień 8

Obudziłem się rano, umysł po przebudzeniu lubi sobie wędrować, ale szybko mu przypominam, że jego rolą dzisiaj jest bycie świadomym. Każda wędrówka myśli zostaje dość szybko zauważana i sprowadzam się do bycia obecnym w teraźniejszości. Momentami jest to trudniejsze, czasem łatwiejsze, ogólnie jednak rzecz biorąc środowisko pozbawione dystrakcji i rozproszeń bardzo temu sprzyja. Sam stan podtrzymywany jest też przez wiele godzin medytacji, które już zdążyły mnie trochę przeprogramować w pożądanym kierunku.

Idąc sobie wczesnym południem na tradycyjny już spacer, zauważyłem, że inni uczestnicy zaczęli układać z patyków i kamieni jakieś konstrukcje na ziemi. Najwyraźniej po 8 dniach izolacji od społeczeństwa nawet to potrafi stać się interesujące. Uśmiechnąłem się lekko i poszedłem dalej. 

Zgodnie z planem dnia poprzedniego postanowiłem wpisać się na spotkanie z nauczycielem. Organizowane one były w sali medytacyjnej i każdy z chętnych miał wyznaczane 5 minut podczas których mógł pytać o rzeczy związane z techniką medytacji. 

Może najpierw trochę o samym nauczycielu – nie był on żadnym Hindusem, nie miał długiej brody, dziwnych ozdób, talizmanów. Nazywał się James i wyglądał jak przeciętny, może 40 letni typek. Nie znał on języka polskiego, ale zawsze pomocą służył asystent, który pełnił rolę tłumacza dla osób, które nie znały angielskiego. Podobnie wykłady posiadały polskiego lektora i ich tłumaczenie było idealne.

Gdy wszedłem do sali na spotkanie z nim, przywitał mnie radosnym „hello”. Po spojrzeniu na jego twarz zaskoczył mnie jej bardzo pozytywny wyraz, gdyż do tej pory widziałem go tylko bardzo neutralnego gdy medytował. Odpowiedziałem mu, dźwięk mojego głosu wydał mi się obcy i dziwny. Mimo dobrej znajomości języka ciężko było mi pozbierać myśli aby przekazać o co chodzi, ale udało się to zrobić. Uświadomiłem sobie wtedy jak długo nie miałem kontaktu z drugą osobą i byłem ciekawy jak to będzie wyglądało po wyjściu.

Zapytałem go m.in. co robić z obszarami dookoła intensywnego bólu, tam gdzie nie wyczuwam subtelniejszych doznań. Doradził aby zatrzymywać się na rejonach bólu przez 2 minuty i badać jak daleko się rozchodzi, gdzie zanika i kończy. Natomiast na martwych, mglistych rejonach pozostawać uwagą ok. 1 minuty i zapewnił, że doznania z czasem zaczną się pojawiać. 

Zastosowałem te rady podczas kolejnych medytacji i szybko zauważyłem rezultaty. 

Dzień 9

Kolejny, 9 dzień stanowił też ostatni dzień „poważnej medytacji”. Jak to stwierdził Goenka gdy 10 dnia zaczyna się „paplanie” nie ma już mowy o poważnym medytowaniu. Pomimo tego, że praktyka dalej postępuje aż do zakończenia kursu. Szlachetnie Milczenie wynika częściowo z tego aby nie przeszkadzać innym, skupić się na medytowaniu, ale jego istotnym elementem jest fakt, że ludzie bardzo lubią porównywać swoje doświadczenia i doznania z innymi. 

Może to powodować, że nie czując konkretnych doznań poczujemy zniechęcenie albo uznamy, że nasza praktyka musi być gorsza czy całkiem nieprawidłowa skoro ktoś miał bardziej wytężony umysł, odkrył subtelniejsze doznania, lepiej radził sobie z bólem czy odkrył dany stan. Jest to nic innego jak kolejna pułapka i sztuczka umysłu. Należy tutaj pozostać obiektywnym i zrównoważonym, stale pamiętając o tym, że te stany przemijają. 
 
Dziewiątego dnia gdy zanieczyszczenia i zakłócenia z wielu warstw świadomości zostały już usunięte zauważyłem, że z jej głębszych warstw (lub może podświadomości) wypływają różne rzeczy o których istnieniu nie zdawałem sobie sprawy. Instrukcja  była taka aby obserwować je obiektywnie i rozumieć, że każda emocja czy uczucie jakiego doświadczamy znajduje także odzwierciedlenie w naszym ciele. Do tej pory pozostawałem nieświadomym tego połączenia, ale stałem się coraz lepszy w odszukiwaniu tych doznań i w momencie ich obiektywnej obserwacji samo głęboko zakorzenione uczucie ulegało powolnemu rozpuszczeniu, zostawało usunięte a ja za każdym kolejnym razem czułem się „lżejszy” psychicznie. 

Położyłem się tego dnia zastanawiając chwilę co mnie czeka jutro gdy zakończy się szlachetne milczenie i przyjdzie czas na rozmowę z pozostałymi uczestnikami.


Dzień 10

Po porannych medytacjach o godzinie 10 rano milczenie miało się zakończyć. Medytacja, która je poprzedzała nie była jednak wyłącznie techniką Vipassany, ale także tzw. Metta bhavana, czyli tzw. medytacja miłującej dobroci. Polegała ona na przybraniu wygodnej pozycji i „wysyłaniu” pozytywnych uczuć w kierunku wszystkich żywych istot, życzenia im tego, żeby były wolne i szczęśliwe. Ilość subtelnych doznań i wibracji w moim ciele podczas tej praktyki znacznie wzrosła, wygaszone do tej pory obszary stały się w końcu aktywne.

Pierwszą osobą z którą się przywitałem po zakończeniu milczenia (bez podawania ręki) był Szymon z którym przyjechałem. Wymieniliśmy się z grubsza swoimi doświadczeniami i ruszyliśmy razem do jadalni. 

Dźwięk rozmawiających ludzi, który tam odnalazłem był dla mnie strasznie głośny i przytłaczający. Szymon zauważył u siebie to samo. Ciężko było się skupić na tym co mówi jedna osoba, bo mózg został chwilowo pozbawiony tej funkcji filtrowania zbędnych dla niego informacji i bodźców. 

Rozmawiając z ludźmi miałem wrażenie, że każdy z nich jest niesamowicie uśmiechnięty i szczęśliwy. Wszystkie mechanizmy obronne i maski jakie zwykle zakładamy zostały w tym momencie zdjęte. Ludzie z którymi rozmawiałem byli bardzo szczerzy i szybko dzielili się nie tylko swoimi doświadczeniami, ale także historiami życiowymi, rzeczami, które wychodziły w trakcie takich medytacji oraz różnymi propozycjami. W ciągu pierwszej godziny zaoferowano mi m.in. udział w ceremonii ayahuasci czy wspólny wylot do Indii. Jedno z nich rozważam. 

Potem poznałem jeszcze sporo ciekawych ludzi a od części z nich wziąłem namiary i postanowiliśmy, że zostaniemy w kontakcie. W przyszłości mam na pewno też zamiar wybrać się ponownie do Warszawy spotkać z Tomkiem i Szymonem. No i przejechać metrem, bo u mnie we wsi ni majo. 

Zakończenie kursu 

Po medytacji rano nastąpiła krótka prezentacja podczas której poznaliśmy historię budowy ośrodka. Dowiedziałem się z niej, że znaczna większość ośrodków na świecie jest przerabiania pod ten cel a w ich pokojach często umieszcza się od 3 do nawet 6 osób. Natomiast sam ośrodek w Polsce został wybudowany od podstaw w tym celu a kredyt opiewał na kwotę ponad 20mln złotych. Pieniądze zostały w dużej mierze pożyczone od starszych uczniów i teraz są spłacane jako odsetki. Koszty prowadzenia ośrodka miesięcznie wraz z tymi odsetkami to ok. 122 tys.złotych.

Warto nadmienić, że żadna osoba w ośrodku wliczając w to osoby pracujące na kuchni, kierownictwo czy samego nauczyciela nie pobiera za swoją pracę żadnego wynagrodzenia. Za sam udział w kursie nie jest ustalona żadna cena, ponieważ lekcje jakie są przekazywane uznane są za bezcenne i to podejście ma zapobiec procesowi komercjalizacji. Natomiast prosi się uczestników o to aby rozważyli zasponsorowanie takiego kursu kolejnemu uczniowi jeśli posiadają odpowiednie fundusze. Nikt jednak do tego nie nagabuje w żaden sposób a brak przekazania darowizny z dowolnego powodu nie spotyka się z żadną negatywną reakcją. Samo stanowisko wpłat jest skryte i w ogóle ciężko było mi je znaleźć.

Osobiście sobie obiecałem, że decyzję o wpłaciena rzecz ośrodka podejmę tydzień po zakończeniu kursu gdy będę mógł już na trzeźwo ocenić obiektywnie jego rezultaty. Na pewno natomiast mam zamiar przekazać im 1% podatku, jest to możliwe z uwagi na to, że są na liście organizacji pożytku publicznego. 

Po zakończeniu prezentacji i sprzątania rozpoczęliśmy powrót do Warszawy. Cała drogę były poruszane bardzo ciekawe i głębokie tematy odnoszące się m.in. do medytacji, psychologii czy filozofii. Jestem człowiekiem, który lubi rozmawiać więc cieszyło mnie to podwójnie. 

Po dojechaniu na miejsce, podziękowałem Tomkowi za przejazd (za który nie pobrał żadnej opłaty) a Szymon zaprowadził mnie w odpowiednie miejsce i wyjaśnił jak mam dojechać na stacje gdzie umówiłem się na wspólny przejazd z kobietą z blablacar. 

Po dojechaniu na stacje dostałem od niej telefon, że z uwagi na to, że 2 współpasażerów się spóźniło będziemy mieli opóźnienie 30 minut. Jej głos był bardzo podirytowany i powtarzała ciągle, że to ich wina i ona nie ma na to wpływu. Pomimo tego, że wstałem o 4 rano i czekała mnie z nią 5-6 godzinna podróż powrotna nie wzruszyła mnie kompletnie ta informacja. Powiedziałem, że nie ma problemu i zacząłem szukać schronienia od wiatru na następne 40 minut. 

Dostrzegłem po przeciwnej stronie ulicy restauracje, była to niedziela wolna od handlu a ja nie miałem co jeść więc uznałem, że wejdę do środka i spytam czy mają coś „na szybko”. Kelner poinformował mnie, że od ręki dostępne są gołąbki w cenie 31zł. Nie przepadałem za nimi nigdy, ale zgodziłem się. Siedząc przy stole słyszałem wszystkich gości w restauracji i to co dzieje się w kuchni.  

Po chwili dostałem swoje danie, któro okazało się być jednym gołąbkiem, kilkoma ziemniakami i surówką. Spodziewałem się, że będzie tego więcej w tej cenie, ale kolejny raz nie zareagowałem negatywnie. Jak zacząłem jeść to ilość różnych doznań i smaku jaki im towarzyszył była tak duża, że czułem się jakbym nigdy wcześniej nie jadł a ta potrawa to było najlepszego czego kosztowałem w życiu. Zjadłem całość w minutę jak zwierzę. 

Kelner przyszedł i zapytał czy mi smakowało, odpowiedziałem, że nie miało innego wyboru, bo przez ostatnie 10 dni byłem w miejscu gdzie jadłem tylko kaszę i chleb. Powiedział „aha, spoko”, płacąc dałem mu 5zł napiwku i poszedłem do auta. 

Przywitałem się z Izą, dalej była mocno podirytowana i narzekała na opóźnienie pozostałych pasażerów. Widząc jednak mój spokój i podejście stopniowo jej się to udzieliło i przed ich przybyciem trochę wyluzowała. 

W profilu miała zaznaczone, że lubi rozmawiać a że z nikim nie gadałem tyle czasu to kolejne 5,5 godziny podróży minęło mi bardzo szybko na rozmowie z nią. Opowiadałem także o tym pobycie i medytacji a dziewczyna siedząca z tyłu też zaczęła się interesować tematem i poprosiła o namiary na ośrodek. Po dojechaniu na miejsce, pożegnałem się, zostawiłem napiwek i wsiadłem do auta siostry, która zabrała mnie z powrotem do domu.

Podsumowanie

Medytuję od ok. 8 miesięcy każdego dnia przynajmniej przez godzinę. Medytacja z luźnego zainteresowania przerodziła się w hobby, któro następnie wraz z praktyką i dalszym poznawaniem teorii przerodziło się w pasję. Rezultaty jakie zauważałem w codziennym życiu sprawiły, że zdecydowałem się zapisać do ośrodka celem dalszego zgłębiania tej praktyki. W momencie jego opuszczania zrozumiałem, że teraz nie jest to tylko moja pasja, ale pewnego rodzaju ścieżka w życiu i jego integralna, nierozerwalna część. 

Na sam wyjazd jechałem bez żadnych oczekiwań, miałem ze sobą jedynie bagaż z ubraniami, pościelą i kosmetykami oraz wiele determinacji. Uważam, że jest to najlepsze podejście a ten wpis odebrany w zły sposób może wyrządzić więcej szkody niż pożytku. Zaznaczam zatem ponownie, że każde doświadczenie jest subiektywne i zależy od konkretnej osoby. Warto jednak wspomnieć, że pomimo wszystkich trudów, fizycznych i psychicznych, które towarzyszą takiemu kursowi z grupy 100 osób odpadła zaledwie 1 czy 2, reszta wytrzymała do końca i była z tego powodu bardzo zadowolona i szczęśliwa. 

Osobiście uważam, że pojechanie do Dziadowic było najlepszą decyzją całego mojego życia i ziarno, które tam posadziłem przy odpowiedniej pielęgnacji będzie przynosiło owoce przez cały czas jego trwania. 

Obecnie jestem w dalszym trakcie w procesie integracji z codziennością, życie zdaje się zwolnić i być znacznie mniej skomplikowane. Moja koncentracja jest niesamowicie wyostrzona, napisane całego tego sprawozdania (jakie by nie było, żaden ze mnie pisarz) zajęło mi łącznie ok. 6h podczas których nie byłem rozproszony nawet przez moment. 

Z uwagi na to, że interesowanie się psychologią, filozofią i bardzo szeroko pojętym samorozwojem od dłuższego czasu rozważam podjęcie się pójścia w kierunku, który łączy samodoskonalnie wraz z medytacją celem pomagania innym, tak aby sprawić, żeby ich życie też było łatwiejsze i zostało stopniowo pozbawiane cierpienia. Coraz poważniej zastanawiam się też nad tego typu konsultacjami osobiście czy przez Skype, ponieważ widzę jaki mam wpływ na ludzi, którzy mnie otaczają i jak moi znajomi się zmieniają. 

Tak jak wspominałem, pod wpisem na wykopie możecie zadawać mi pytania na które postaram się odpowiadać w wolnej chwili (których nie mam teraz za dużo). Jeśli natomiast siedzisz w temacie, chcesz się podzielić swoimi doświadczeniami albo zainteresował cię mój wpis i preferujesz kontakt osobisty tak jak ja to możemy spotkać się na kawie i pogadać. Niedawno wróciłem do Polski i jestem z okolic Rzeszowa więc jeśli ktoś mieszka blisko i ma ochotę to możemy coś wymyśleć gdy już wrócę na ziemie. 

Dziękuje wszystkim, którzy dotarli tak daleko. Nie spodziewałem się, że ten wpis będzie tak długi. Starałem się pozostać obiektywny i szczerze opisać doznania jakie mi towarzyszyły. Całość umieszczam na pokazywarce, ponieważ jest tutaj możliwość edytowania a obstawiam, że mogły wkraść się jakieś błędy, których teraz nie wyłapałem i nie mam czasu szukać. Mogę sobie też przypomnieć coś istotnego i postaram się to wtedy tutaj dodać. 

Na sam koniec lista rzeczy, które mnie zaskoczyły po powrocie do codzienności (które oczywiście z czasem przeminą albo zostaną zredukowane):

- wczoraj rano przez 30 minut byłem świadomy każdego mrugnięcia
- przestałem się drapać, zamiast tego obserwuje swędzenie aż przeminie
- stałem się bardzo rozmowny 
- nie mogę mieć włączonego radia w samochodzie, ponieważ jestem świadomy wibracji w ciele związanych z jeżdżeniem i muzyka sprawia, że bodźców jest za dużo aby bezpiecznie prowadzić
- moja koncentracja uległa radykalnej poprawie
- głęboki spokój wewnętrzny i zrównoważenie psychiczne
- znacznie zmniejszona ilość myśli, umysł stał się narzędziem i to ja nim steruje a nie on mną (nie jest to zupełne, ale czuje się, że mam kontrolę) 

Na koniec cytat, który bardzo przypadł mi do gustu „Rule your mind or it will rull you”

Tutaj przerywam, bo tak się rozpędziłem, że zaraz napiszę książkę. Zapraszam do komentowania poniżej. W wolnych chwilach będę odpisywał.